Ostatnie komentarze

Jak zażegnać kryzys zaufania do państwa? Afera KNF w (...)


Piotrze, masz całkowitą rację co do tego, że nie należy przesądzać o winie byłego już szefa KNF-u i my również tego nie robimy. Dotąd jesteśmy niestety skazani na doniesienia „Gazety Wyborczej”. Niezależnie od wyroku sądu faktem jest, że „afera KNF” już wybuchła.Masz również rację co do tego, że sprawa jest znacznie bardziej wielowątkowa. Zwróć uwagę, że naszym celem nie jest jednak dogłębna analiza samych wydarzeń i ich kontekstu, ale efekty, które już teraz one wywołują. Zastanawiamy się nad tym, jak podobne afery (nawet jeszcze przed formalnym udowodnieniem winy!) wpływają na poziom zaufania obywateli do państwa. To, że wpływają zdecydowanie negatywnie, to oczywistość i kolejny niezaprzeczalny fakt.Twoja propozycja, by przenieść większą część kompetencji władzy centralnej na poziom lokalny, jest konkretna i ciekawa. W ten sposób uzasadnia się zresztą sens istnienia samorządów – by władza była „bliższa ludziom”. Widzimy jednak pewne problemy, z którymi najpewniej mielibyśmy do czynienia, gdybyśmy chcieli taki postulat wprowadzić w życie.Proponujesz zastosowanie „surowych regulacji prawnych”, które miałyby dotyczyć kandydatów na urzędy w samorządach i w teorii ma to jak najbardziej sens. Kto jednak miałby tworzyć wspomniane regulacje? Odpowiedź jest oczywista - władza centralna, której coraz mniej ufamy. I tak koło się zamyka… Obawiamy się, że regulacje uchwalane przez jedną opcję polityczną automatycznie spotkałyby się ze sprzeciwem opcji przeciwnej (o zarzutach dotyczących ingerencji władzy centralnej w samorządy nie wspominając, bo one już się pojawiały, zresztą nawet w tej kadencji). Do tego potrzebny jest polityczny konsensus, o który byłoby niestety bardzo trudno.

ideologia.pl 19.11.2018, 15:59

Jak zażegnać kryzys zaufania do państwa? Afera KNF w (...)


Jakkolwiek pytanie padło jedno, udzielę odpowiedzi w częściach.AFERA KNF??? Marek Chrzanowski winny propozycji łapówkarskiej? Na początek przypomnę starą, aczkolwiek leżącą u podstaw każdego cywilizowanego prawa normę prawną, że dopóki sąd prawomocnym wyrokiem nie stwierdzi czyjejś winy, jest ona w świetle prawa NIEWINNA! Nie ferujmy zatem wyroku, że "Marek Chrzanowski jest winny złożenia Leszkowi Czarneckiemu propozycji korupcyjnej", gdyż to będzie musiało być udowodnione przed sądem.Spójrzmy na towarzyszące tej sprawie fakty i okoliczności. Leszek Czarnecki to główny akcjonariusz Idea Bank, GetInBank i Noble Bank... Ograniczanie liczby placówek własnych, zamykanie oddziałów w mniejszych miastach... To zaczęło się w 2016 roku. Dla każdego trzeźwo myślącego klienta był to sygnał, że firma się "zwija". Oczywiście wszyscy, którzy potrafią czytać sprawozdania finansowe musieli przy okazji dostrzec, że w grupie finansowej Leszka Czarneckiego coś się dzieje. Złego. Zresztą nawet i to (mam tu na myśli umiejętność czytania bilansów) nie było potrzebne. W maju 2015 r. akcja Idea Banku warta była 28,00 zł. Potem było już tylko gorzej. W lutym 2018 cena spadła do 20,00 zł za akcję i rozpoczęła szybki marsz ku poziomowi bliskiemu dna - obecne notowania to 2,18 - 2,19 zł. Niecałe 8% tego, co warte były przed trzema laty. I właśnie w takiej sytuacji - wyprzedaży akcji przy bardzo mocnej przecenie ich kursu, Leszek Czarnecki przychodzi do szefa KNF. Na umówione spotkanie.I to jest moim zdaniem główny zarzut wobec KNF: skoro widać przysłowiowym gołym okiem, że w bankach Leszka Czarneckiego źle się dzieje, INFORMACJA O TAKIM SPOTKANIU I JEGO PRZEBIEGU POWINNA BYĆ PODANA DO WIADOMOŚCI PUBLICZNEJ.Co wiemy dalej? Grupa Czarneckiego, choć on sam pozbył się, i to w 2016 roku, wszelkich udziałów w GetBacku, usilnie próbuje ratować ten fundusz i agresywnie namawia klientów do inwestycji w obligacje funduszu. Tyle, że rynek (konkurencja) przestrzega, a przekładanie terminu opublikowania bilansu za 2017 rok stawia w ciemnym świetle nie tylko sam GetBack ale też banki Czarneckiego. Oczywiście reakcja rynku jest jednoznaczna: doradcy inwestycyjni radzą trzymać się od produktów GetBack'u z daleka a kurs akcji banków L. Czarneckiego dalej spada...Lato 2018 roku przynosi "wyjaśnienie" sytuacji GetBack'u. Podmiot staje się niezdolny do regulowania swoich zobowiązań, zarząd giełdy wstrzymuje obrót akcjami GetBack a Idea Bank trafia na listę ostrzeżeń KNF. Za sprzedaż obligacji GetBack'u bez odpowiedniej licencji. Tyle, że to także jest zarzutem, który kieruję w stronę instytucji państwowych: SPRZEDAŻ OBLIGACJI GetBack'u TRWAŁA PRZYNAJMNIEJ OD 2017 R. - CO KNF ROBIŁ PRZEZ TEN CZAS? Zatem właśnie to - bezczynność KNF oraz ukrywanie przed obywatelami RP z kim ważnym ze świata polityki i finansów spotyka się szef takiego urzędu - OTO ISTOTNE ZARZUTY WOBEC KNF!Pora wrócić do rzekomej (gdyż wciąż nieudowodnionej) afery korupcyjnej. Czy istotnie istnieje nagranie z rozmowy Chrzanowski - Czarnecki? Na razie znamy tylko opublikowany przez "Gazetę Wyborczą" stenogram. Samo nagranie jest ponoć w prokuraturze. Ale z całą pewnością będzie ono przedmiotem bardzo wnikliwego dochodzenia. Leszek Czarnecki był w latach 80-tych współpracownikiem peerelowskiej bezpieki. Dla ludzi z tamtych "tajnych służb" (i ich następców) spreparowanie, przy użyciu współczesnych technik komputerowych, niemalże doskonałego nagrania niczym trudnym raczej nie jest. Czy mamy zatem do czynienia z falsyfikatem? Podróbką? Dopóki sąd tak nie orzeknie mamy prawo domniemywać, że nagranie jest oryginalne. Tyle, że okoliczności sprawy upoważniają do wysuwania wątpliwości. Dlaczego Leszek Czarnecki dopiero po 7 miesiącach zdecydował się "ujawnić aferę"? Po co komu "bardzo polityczny" adwokat do złożenia w prokuraturze zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa, skoro jest poszkodowanym? Dlaczego ten materiał ukazuje się w momencie, w którym inna ważna sprawa wychodzi na jaw? Oto bowiem okazuje się, iż nie można wykluczyć, że tak nadmuchiwana przez "Gazetę Wyborczą" oraz telewizję TVN sprawa "hucznego świętowania urodzin Adolfa Hitlera przez grupę śląskich nacjonalistów" to być może ustawka. Prowokacja sfinansowana raczej nie przez TVN bezpośrednio (wątpię osobiście, by jakikolwiek prawnik zaakceptował projekt umowy na organizację urodzin Hitlera), ale być może przez jej współpracowników. Jeśli zostanie to udowodnione, rykoszety tej sprawy uderzą nie tylko w TVN czy Gazetę Wyborczą. Dziwnym trafem zarówno TVN jak i Gazeta Wyborcza są głównymi medialnymi partnerami obecnej opozycji, która zarzuca obecnemu rządowi sprzyjanie nacjonalistom i faszystom... A tu może się okazać, że za sprawą stoją ludzie zapewniający tej właśnie opozycji "medialne wsparcie"...Kolejna wątpliwość: Leszek Czarnecki, idąc na rozmowę do KNF, miał przy sobie trzy dyktafony. Nagranie pochodzi tylko z jednego źródła, dwa pozostałe urządzenia ponoć zawiodły. Czyżby Leszka Czarneckiego nie było stać na kupno niezawodnego sprzętu? W to raczej trudno uwierzyć, niemniej niech mu będzie. Uwierzmy. Ale chciałbym postawić inne pytanie - po co mu były te dyktafony? Czyżby od samego początku wiedział, że w trakcie rozmowy padnie "niemoralna propozycja"? A może tak to właśnie zostało zaaranżowane? Najpierw ludzie "niższych szczebli" zaczęli coś uzgadniać, i to oczywiście nigdy na jaw nie wyjdzie, coś zostało na niższych szczeblach wstępnie uzgodnione a podczas ROZMOWY SZEFÓW uzgodnienia miały zostać potwierdzone i doprecyzowane. Taki scenariusz wyjaśniałby, dlaczego Leszek Czarnecki był aż tak podsłuchowo uzbrojony. Podkreślam jednak: to tylko jedna z możliwości. Na chwilę obecną mamy obowiązek wierzyć, że Leszek Czarnecki idąc na spotkanie z szefem KNF miał dobre i uczciwe intencje.Czy ta sprawa zostanie uczciwie i należycie wyjaśniona? Czy potrzebna jest sejmowa komisja śledcza do wyjaśnienia afer (bo to będzie nie tylko sprawa KNF), które zniszczyły zaufanie obywateli do naszego państwa? Otóż, jeśli komisja taka powstanie, będzie bardzo "wycinkowa". Od 1989 roku władze odrodzonej niepodległej Rzeczypospolitej robią wszystko, abyśmy tego zaufania nie mieli. Najpierw sprawa likwidacji przedsiębiorstw państwowych. Według skromnych szacunków 4 miliony Polaków straciło pracę. Majątek tych przedsiębiorstw został za bezcen kupiony przez ludzi powiązanych głównie z PZPR, PRL-em, (i jego służbami specjalnymi) lub takich, którzy w imieniu opozycji poszli z PRL-em na współpracę, tworząc przy Okrągłym Stole zręby nowego porządku. Kto odpowiadał za doprowadzenie polskiej gospodarki do ruiny? Kto nie przeciwdziałał tym wymuszonym upadłościom? Kto nie reagował na SZNAPSGEJT? Kto nie reagował na nielegalne działania firmy Dorchem i jej wielki przekręt pod nazwą Bezpieczna Kasa Oszczędności? Ówczesny wicepremier i minister finansów Leszek Balcerowicz, ekonomiczny guru obecnej politycznej opozycji. Kto wprowadził w Polsce system emerytalny, który nie jest w stanie zapewnić Polakom godnych emerytur? Firmował go Leszek Balcerowicz a głównym ekspertem firmującym reformę systemu emerytalnego był Ryszard Petru, jeden z "ważniejszych" przedstawicieli obecnej politycznej opozycji. Kto przejął znaczną część naszych oszczędności emerytalnych zgromadzonych w Otwartych Funduszach Emerytalnych? Rząd Donalda Tuska. Mógł to zrobić dzięki przewadze, jaką wówczas w sejmie miała obecna polityczna opozycja i wywodzącemu się także z tych samych szeregów prezydentowi. Kto nie reagował, gdy przestępcza działalność Amber Gold rozwijała się w najlepsze? Kto wstrzymywał jakiekolwiek działania służb w tej sprawie? Rząd Donalda Tuska. Czyli całkiem sporo nie kamyczków a wielkich kamieni, wręcz głazów do ogródka obecnej politycznej opozycji.Jeśli zatem dojdzie do powołania Komisji Sejmowej, która otrzyma zadanie odbudowy zaufania obywateli do państwa polskiego, właśnie obecna opozycja polityczna straci na tym najwięcej. Zatem dlaczego PiS wraz z koalicjantami nie idą w taki scenariusz? Amerykanie mówią, że przejęcie władzy w Białym Domu wymaga potężnych rezerw kadrowych, gdyż tylko w samym Waszyngtonie i instytucjach podległych prezydentowi USA jest ponad 11 tysięcy stanowisk, na które trzeba mieć odpowiedniego kandydata. Ile takich stanowisk jest w Polsce? Tego nie wie dokładnie nikt, ale wygląda na to, że nie ma w Polsce partii politycznej zdolnej obsadzić wszystkie kluczowe stanowiska ludźmi, którzy z jednej strony posiadaliby odpowiednie kwalifikacje a z drugiej nie tkwili w jakichś obecnych czy dawnych układach. Jeśli ktoś doszedł do potężnego majątku właśnie dzięki niejasnym układom i powiązaniom niekoniecznie przestępczym lecz choćby nieetycznym, działa w przekonaniu, że hulaj dusza, piekła nie ma, a w razie czego uderzy się, po znajomości, tu czy tam i sprawę wyciszy, zamiecie pod dywan. PiS, jak każda inna władza w Polsce na przestrzeni ostatnich 20 czy więcej lat, musi współpracować z ludźmi, którzy niosą ze sobą cały bagaż doświadczeń, złych nawyków i są przyzwyczajeni do bezkarności. Nawet PiS-owi nie uda się uporządkować tej stajni Augiasza. Sądy, na których niemalże wszyscy Polacy wieszają psy, skarżąc się na ich opieszałość i "dziwne" wyroki, są tego najlepszym przykładem.Co zatem należałoby zrobić, aby odbudować zaufanie obywateli do państwa? No cóż, po prostu wymieść "Warszawkę". Ograniczyć rolę sejmu i rządu do spraw najistotniejszych (obronność, bezpieczeństwo publiczne itp.), przenieść zarządzanie pozostałymi środkami budżetowymi na poziom samorządów, ale wprowadzając w nich bardzo surowe regulacji prawne dotyczące pracowników samorządowych, łącznie ze "ścieżką awansu zawodowego" czyli wymogiem, aby ktoś, kto ma objąć kierownicze stanowisko w jakiejś dziedzinie posiadał ściśle określone wykształcenie i iluśletnią praktykę w tej lub podobnej instytucji. Trzeba odpiłować tyłki od obsadzanych uznaniowo stołków a gęby oderwać od koryt. I wprowadzić zasadę, że jeśli chcesz pracować w służbie publicznej (mówiąc po ludzku - jeśli chcesz, aby pensję wypłacał ci budżet) musisz pokazać, co masz, ile masz i jak do tego doszedłeś. Udowodnić swoją uczciwość. Wiem, że to odwrócenie zasady domniemania niewinności. Ale jestem przekonany, że dopóki nie wykluczy się z systemu publicznego zarządzania choćby najmniejszą cząstką naszego państwa osób, które przyzwyczaiły się do inkasowania (pod stołem) wielkich kwot za swoje przysługi i polityczne wpływy, nasze państwo będzie realizować interesy dość niewielkiej "grupy trzymającej władzę". Ze szkodą dla nas wszystkich.

Piotr (gość) 19.11.2018, 11:14

Czy jesteśmy zdolni do świętowania ponad podziałami? (...)


Przykro mi to mówić, ale JEDNOŚĆ jest w Polsce czymś chyba niemożliwym. Pytanie zostało zadane wprawdzie w kontekście setnej rocznicy odzyskania niepodległości, ale jeśli popatrzeć na przyczyny jej utraty i wszystko, co działo się nieco wcześniej i potem, nawet po dziś dzień, nie należy być zbytnio optymistycznym. Rok 1791. Próba ratowania Rzeczypospolitej i uchwalenie Konstytucji 3 maja. A po drugiej stronie - targowica. Ludzie, którzy w zamian za prywatne korzyści sprzedawali polskie państwo... I, co by nie mówić, wygrali! Rok 1795. Insurekcja Kościuszkowska. Ledwie sto tysięcy Polaków ( z całego obszaru przedrozbiorowej Rzeczypospolitej) stanęło w obronie ojczyzny, natomiast zdrajców i współpracowników przyszłych zaborców nie brakło. Nielicznych tymże 1795 roku skazano i powieszono. I tak było przy każdym następnym zrywie niepodległościowym - byli dość nieliczni walczący O WOLNOŚĆ I NIEPODLEGŁOŚĆ oraz byli, i to w całkiem dużych ilościach ci wszyscy, którzy pracując dla zaborców w administracji, szkolnictwie, armii, policji czy dyplomacji bronili swoich posad i dochodów, jawnie "zdradzając naród polski"??? Przepraszam za znaki zapytania, ale nie wiem, czy to jest dobre określenie. Pius VI, papież, swoim brewe, potępił Insurekcję Kościuszkowską jako czyn bezbożny, gdyż skierowany przeciw PRAWU i legalnej władzy. Każdemu kolejnemu zrywowi niepodległościowemu Polaków towarzyszyła taka właśnie postawa Watykanu! Ci, którzy pracowali dla zaborców "na etacie", jak dziś byśmy to określili, powołując się na stanowisko Kościoła, spełniali "uczciwie" swoją powinność, za to właśnie zaborcy im płacili. W latach 1918 i 1919 było podobnie. Tak nawiasem mówiąc - 11 listopada 1918 roku abdykował cesarz Wilhelm II, ale Rzesza Niemiecka wcale nie zniknęła; przyjęto po prostu ustawę o zmianie Konstytucji Rzeszy przekształcając ją z monarchii w republikę z wybieranym prezydentem. Tego dnia pojęcia POLSKA jeszcze nie było ani w światowej polityce, ani na mapach. Wprawdzie już w styczniu 1918 roku utworzenie niepodległej Polski znalazło się wśród tzw. 14 punktów amerykańskiego prezydenta Thomasa Woodrowa Wilsona a kanclerz Rzeszy, Maksymilian książę von Baden przyjął je 5 października 1918 roku, jednakże ani Reichstag, niemiecki parlament, ani cesarz Wilhelm nie wyrazili na to zgody. 9 listopada 1918 roku kanclerz Maksymilian von Baden ogłosił "abdykację cesarza Wilhelma oraz księcia koronnego (następcy tronu) Fryderyka", co uczynił bez ich wiedzy i zgody, po czym podał się do dymisji... Wprawdzie rozpoczął tym samym "demontaż" niemieckiego państwa, ale decyzja o powstaniu niepodległej Polski zapadła dopiero z chwilą podpisania Traktatu Wersalskiego, czyli w czerwcu 1919 roku, kiedy to Niemcy podpisały ów dokument, uznając m.in. powstanie niepodległej Polski i Czechosłowacji... Wracając do lat 1918-19: w tymże okresie byli oczywiście patrioci dążący od odbudowy niepodległej Polski, z Ignacym Paderewskim i Romanem Dmowskim na czele, ale bili też tacy polscy "dyplomaci i urzędnicy", którzy stali za interesami Berlina w zamian za dość mgliste obietnice jakiejś tam formy organizacji polskiej państwowości, choć w ramach Rzeszy. Byli też i tacy, którzy z nadzieją patrzyli na Moskwę; przypomnę, jest już po rewolucji; carat został obalony, Lenin i jego komuniści chcą iść z rewolucją na zachód a w polskim społeczeństwie wcale nie brakowało chętnych do pomocy! Obrazem tego rozbicia będą niezdolne do podejmowania skutecznych ustaw parlamenty II Rzeczypospolitej (aż po przewrót majowy). A z jednością Polaków w tamtym okresie było tak, że z jednej strony doszło do mordu na pierwszym Prezydencie Rzeczypospolitej Gabrielu Narutowiczu, potem - do kierowanego przez Piłsudskiego przewrotu wojskowego w maju 1926 roku (skutkiem: powolne, ale stałe ograniczanie swobód politycznych "dla niebezpiecznych dla Rzeczypospolitej elementów wywrotowych") a koniec końców, w roku 1934, zorganizowano "Miejsce Odosobnienia" w Berezie Kartuskiej - no cóż, można dyskutować, czy słusznie zwane obozem koncentracyjnym, ale jest za taki uznawane w Europie Zachodniej, USA i Kanadzie. Bo istotnie nie różniła się Bereza w tym względzie od "rozwiązań akceptowanych przez świat": angielskich obozów dla wziętych do niewoli powstańców w RPA i członków ich rodzin (podczas tzw. II wojny burskiej 1899-1902), kanadyjskich obozów dla Ukraińców w okresie I wojny czy obozów dla Japończyków w USA podczas II wojny, ani nawet od niemieckich obozów koncentracyjnych (w tamtym okresie, tj. w latach 1933 - 36 były to właściwie więzienia-obozy ciężkich robót). W Berezie bez żadnych zahamowań osadzano przeciwników politycznych Sanacji czy działaczy niepodległościowych ruchów ukraińskich; czyniono to bez sądowego wyroku, bez prawa do obrony, za to z "niepisanym wyrokiem" na katorżniczą pracę, upodlenie fizyczne, tortury tak fizyczne jak i psychiczne. We wrześniu 1939 roku tej jednomyślności także nie było. Wprawdzie w walce przeciw Niemcom zjednoczyli się niemalże wszyscy, ale na ziemiach zajętych przez Sowietów takiej jednomyślności co do oporu przeciw okupantowi nie było. Wręcz przeciwnie, istniała duża grupa Polaków - członków partii komunistycznej czy po prostu dostrzegających dla siebie szansę na poprawę bytu dzięki współpracy z np. NKWD... I mam tu na myśli Polaków (z genów, krwi, języka, historii, tradycji wychowania etc. etc.), a nie przedstawicieli mniejszości (choć lokalnie to nawet i większości) narodowych takich jak Białorusini czy Ukraińcy. Zresztą historia II wojny to wcale nie jest obraz "jedności". Byli tacy, którzy wstąpili do ruchu oporu ale byli tez i tacy, którzy całkiem dobrowolnie wpisywali się na Volksliste, deklarując przynależność, poprzez choćby dalekie pochodzenie, do narodu niemieckiego... Byli tacy, którzy pomagali swoim sąsiadom-Żydom i byli tacy, którzy po prostu "sprzedawali" Żydów i ich opiekunów Niemcom... A politycznie? Piłsudczycy, ludzie Sikorskiego, komuniści promoskiewscy i lewicowcy "umiarkowani", narodowcy... Po wojnie podziały stały się może mniej widoczne, ale wynikało to bardziej z represji stosowanych przez ówczesne władze niż jakiejś jednomyślności narodowej, zresztą nawet i mimo represji podziały zaczęły dość szybko wychodzić na światło dzienne (czerwiec 1956, marzec 1968, grudzień 1970, czerwiec 1976, powstanie "Solidarności" w 1980, stan wojenny w 1981...). Po 1989 roku zapadło najgorsze z możliwych rozwiązanie - nie pociągnięto do odpowiedzialności karnej zbrodniarzy okresu PRL a sama PZPR nie została uznana za organizację zbrodniczą! W efekcie doszło do eskalacji podziałów - byli aparatczycy byli nie tylko bezkarni, ale też dzięki majątkom zgromadzonym w czasach PRL stawali się członkami elit biznesowych przejmując za bezcen doprowadzone przez siebie do upadku państwowe przedsiębiorstwa, natomiast ofiary represji systemu komunistycznego stały się często ofiarami wyzysku ze strony tych "nowych kapitalistów - byłych aparatczyków PRL". Po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej ujawnił się kolejny bardzo ważny front podziału. Unia Europejska jest "doktrynalnie choć nieoficjalnie" antychrześcijańska. Niemcy, Francja, Belgia, Holandia czy Wielka Brytania to kraje, w których religijność społeczeństwa jest domeną głównie imigrantów muzułmańskich; tam miejsce chrześcijaństwa zajmuje, i to coraz intensywniej islam (i to jest, w ramach przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu wspierane publicznymi środkami), podczas gdy organizacje państwowe jawnie dyskryminują chrześcijan (we Francji wprowadzono zakaz ustawiania figurek kojarzących się religijnie, Jezusa, Maryi i Józefa w bożonarodzeniowych szopkach, sprowadzając je tym samym do mini-zoo???). U "etnicznych" mieszkańców tych państw nastąpiła wspierana przez systemy edukacyjne przemiana wyznania - z Boga (chrześcijańskiego i wartości religijnych) na MAMONĘ! I pełną, oderwaną od chrześcijańskiego kanonu wolność obyczajową, szczególnie seksualną. Sukces (kariera i pieniądze) + seksualne wyzwolenie... I brak zobowiązań. Po co rodzina? Wystarczy partner/partnerka + piesek/kotek... Zwolennicy takiego samego "porządku antychrześcijańskiego" są również w Polsce, to szczególnie "wyzwoleni" mieszkańcy dużych miast o lewicowych lub liberalnych poglądach. To pokolenie jest kształtowane przez media "plotkarskie", które na "bohaterów" pierwszych stron gazet czy najważniejszych newsów na portalach internetowych czynią osoby w związkach typu "drugi mąż trzeciej żony miał skok w bok i związał się z..., która właśnie wyrzuciła kolejnego męża - narzeczonego - kochanka/partnera... Kontra takim "opcjom ustrojowym" stoi duża grupa katolików (aktywni to ok. 40% całego społeczeństwa), którzy nie chcą się godzić na to, aby niektóre "wolności europejskie" typu jednopłciowe małżeństwa były w Polsce prawem akceptowane... A ponieważ środowiska LGBT zaczęły w którymś momencie mocno naciskać na przyjęcie w Polsce stosownych "praw" i wyszły ze swoimi postulatami "na ulice" w bardzo głośnych manifestacjach, reakcja drugiej strony była równie mocna. Spalenie tęczy było precyzyjnym sygnałem. Unia Europejska odpowiada ponadto za jeszcze jeden front podziału - nacjonalizm! Niekontrolowany napływ imigrantów, szczególnie z innych kręgów kulturowych (głównie z obszaru islamu) doprowadził do tego, że ruchy nacjonalistyczne zaczęły powstawać od Odry po Atlantyk (są w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii, Norwegii), co polskim nacjonalistom - spadkobiercom Dmowskiego (Polska dla Polaków; Prawdziwy Polak = Katolik) dało impuls do upublicznienia poglądów czy wyjścia na ulice. Z oficjalnymi (lub i nie) marszami, które bardzo, ale to bardzo mocno przypominają marsze NSDAP w okresie walki o władzę (1928 - 1932). Odpowiedzialność za wzmocnienie tego niezwykle radykalnego polskiego obozu politycznego spada także na wszystkich rządzących po 1989 roku. Historia lubi się powtarzać. Biedota i ludzie, których dziś nazwalibyśmy "wykluczonymi społecznie" wyniosły partię Hitlera do władzy. Wtedy tylko NSDAP miała dla nich "program dający nadzieję na przyszłość" (Niemcy dla Niemców! Żydzi to zdrajcy odpowiadający za klęskę Rzeszy w I wojnie! Niemcy to naród nadludzi i panów. Cała reszta to podludzie, którzy powinni niemieckim panom służyć!). Reszta partii nadal koncentrowała się na sprawach przedsiębiorców, wielkich właścicieli majątków rolnych, finansjery i "ludzi kariery". W 1945 roku prezydent Truman miał przystępować do obrad w Poczdamie z nastawieniem, które było wynikiem dobrze przeprowadzonej analizy przyczyn faszyzmu w Niemczech. Twierdził, że Niemcom należy dać dobrą pracę, odpowiednio ich nakarmić i dać im, co tam chcą, piwo, wino czy sznapsa. Inaczej zrobią kolejną wojnę! W zasadzie od samego początku obecnej Rzeczypospolitej partie proeuropejskie i stricte wzorujące się na europejskiej centro-lewicy nie miały dla młodych, bezrobotnych, wykluczonych społecznie i biednych Polaków oferty. Lech Wałęsa mówił "bierzcie swój los w swoje ręce". Jurek Owsiak ujmował to innymi słowami - "Róbta co chceta". Posłuszne głównym opcjom politycznym media kreowały obraz "młodego, dynamicznego, przebojowego..." Obraz, który pasuje być może do kilkunastu procent społeczeństwa. Reszta chciała "pracować na etat", zrobić swoje i iść po pracy do domu, na dobre jedzenie z jakimś piwkiem... A to im, od 1990 roku dzięki nieprzemyślanym reformom Balcerowicza, właśnie krok po kroku zabierano. Za pełnym przyzwoleniem władzy, która jakoś nie była w stanie przeciwdziałać oszustom, którzy wyzyskiwali ludzi i nie płacili im należnych wynagrodzeń, oszukiwali uczciwych przedsiębiorców wyłudzając od nich towar i doprowadzając te firmy do upadłości... Miliony ludzi trafiły na bruk, na bezrobocie. Tymczasem rządy, wszystkie po 1990 roku z obecnym włącznie nie dostrzegają jednego - Polacy chcą być Europejczykami i żyć jak Europejczycy. Idąc do sklepu mamy na metce ceny dla kilku, jeśli nie kilkunastu krajów Unii. Niemiec czy Francuz za ciuch, buty czy sprzęt płaci tyle samo co Polak. Tyle, że zarabia trzy albo i cztery razy więcej. Aby nie nazwać wyzysku wyzyskiem wmawiano nam, że musimy więcej pracować, że tamci są wydajniejsi więc lepiej zarabiają, że musimy się uczyć... Wmawiano nam, że jesteśmy GORSI! Politycy kazali nam wpatrywać się w zachodnie społeczeństwa z instrukcją, że jak będziemy posłuszni, to z pomocą Unii będziemy powoli doganiać Zachód. Ale powoli, a póki co - pokornie głowy w dół, rękawy podwinąć i do roboty! Ugrupowania narodowościowe, może i słusznie określane jako nacjonalistyczne, to przeciwwaga dla "ślepych prounionistów". Dają tym właśnie zwykłym ludziom poczucie "godności i przynależności". Jesteś Polakiem? Ale takim prawdziwym Polakiem - katolikiem z dziada - pradziada? Nie chcesz na polskiej ziemi Arabów i innych obcych? To jesteś nasz brat! Jesteś nasz! My ci pomożemy. I zadbamy, by "inszość" nie zagrzała w naszym kraju miejsca! Rządy, z racji politycznej unijnej poprawności, nie chciały o tym problemie "wykluczenia" rozmawiać, nie chciały wyciągać ludzi z tego wykluczenia, tam, gdzie oni mieszkają. Mówiono "jest praca, w Warszawie, Poznaniu, Gdańsku..." Tylko dla kogo? Co ma zrobić człowiek ze wsi, gdzie pracy po prostu nie ma a gospodarstwo zbyt małe, zbyt słabe? Sprzedać swój dom za równowartość kilku metrów mieszkania w Warszawie i??? Tak zwani "nacjonaliści" mówią tym ludziom "Ty jesteś sól ziemi polskiej. To z takich jak ty byli najwięksi bohaterowie w polskiej historii". Nie ważne, że nie idzie za tym realna pomoc materialna - jest przynajmniej "pochwała postawy, docenienie wysiłku, przypisanie do wspólnoty". Po stronie tych tak zwanych "nacjonalistów" stoi tez zaimportowany z Europy Zachodniej strach, rzeczywisty strach, bo mamy prawo bać się, że jeśli i w Polsce pojawi się większa grupa imigrantów z krajów islamskich, to prędzej czy później także i u nas ludzie ci sięgną po metody terrorystyczne, które od kilku lat stosują (i to dość bezkarnie) na zachód Odry. Ci wszyscy wyznawcy "naszości" jako doktryny politycznej z jednym mają rację - są prawdziwym "ludowym" gwarantem poczucia bezpieczeństwa. Zdolnym do natychmiastowej reakcji, gdyby przedstawicielom jakiejkolwiek grupy imigrantów przyszło na myśl, by sięgnąć po terror jako narzędzie do zbudowania sobie w Polsce pozycji społecznej. Wszyscy, niestety, wiedzą, że "narodowcy" w takiej sytuacji odpowiedzą zemstą z pełnym obliczem okrucieństwa, ale i to jest, paradoksalnie, wszystkim innym siłom politycznym niezwykle na rękę, gdyż państwo polskie jako organizacja nie jest w stanie zapewnić należytego poziomu bezpieczeństwa; zawsze słyszymy, że nie ma pieniędzy na etaty, płace, samochody, sprzęt (choć na polityków i ich potrzeby zawsze się znajdą). Stąd tolerancja dla nacjonalistów u znacznej części naszego społeczeństwa.Reasumując: tych podziałów jest zbyt wiele. Politycznych, społecznych, ekonomicznych, religijnych (bo ateizm to też swego rodzaju wiara w to, że nie ma Boga). Czy można je ograniczyć? No cóż, chyba nie. Dziś nie da się zmusić polskich przedsiębiorców, którzy bez skrupułów budują sobie posiadłości jak przed wiekami magnaci szlacheccy, aby zaczęli swoim pracownikom należycie, po europejsku płacić. To dla nich, i dla wszelkiego rodzaju "beneficjentów błyskawicznej kariery" (artystów, sportowców, menedżerów i polityków) są te wszystkie "nowoczesne" rozwiązania społeczno-rodzinne. To mniejszość, ale wpływowa, bo stać ją na to, by media kreowały jej poglądy jako "słuszne, poprawne, zalecane przez Unię Europejską". Tyle, że druga strona tej linii sporu - kościół, sięgnął po dokładnie tę samą broń. Media. I zaczął odbijać utracone pozycje. Tu dojdzie do niejednej jeszcze bitwy! Bogaci czy ci, którym żyje się dobrze dostatnio, są zwykle ludźmi ceniącymi sobie zasadę "bliższa ciału koszula". Zostali wykształceni, by walczyć o swoje ze wszystkimi. Przegrany czy podwładny to... Ktoś, z kim nie należy się liczyć. Liberalizm to ich styl życia i doktryna polityczna. Ludzie, którzy żyją na skraju ubóstwa zawsze byli i zawsze będą podatni na przeróżne skrajne indoktrynacje polityczne. Od lewicowych (od antyklerykałów aż po rewolucjonistów czy anarchistów) po prawicowe, z nacjonalizmem włącznie. Te opcje "wycinają się wzajemnie" od czasów rewolucji francuskiej i kolejnych cesarstw czy republik. Pokoju miedzy nimi nie było i nie będzie. Dojdzie nam, i to niebawem, nowe pole walki. Nie czynimy jako państwo nic, aby zatrzymać polską młodzież w Polsce - jej miejsce zajmują przybysze ze wschodu, głównie z Ukrainy. Oficjalnie jest ich już około dwóch milionów. Za kilka lat nas, Polaków, będzie może 35 milionów, na papierze, bo ze 3 lub i 4 miliony na emigracji. Ukraińców będzie w Polsce wówczas 5, może i 7 milionów. Szykujmy się zatem na powstanie nowej linii podziału - "rdzenny Polak" kontra "ukraiński Gastarbeiter", który chciałby w Polsce osiąść, pracować, ale też i wyznawać Boga po swojemu, w obrządku prawosławnym. A to będzie nie w smak katolikom i instytucji Kościoła Rzymsko-Katolickiego w Polsce, która wciąż ma istotny wpływ na polską scenę polityczną.Przepraszam za tak długi komentarz, ale cóż, przy tak złożonych polach konfliktów prościej się nie dało.Pozdrawiam, Piotr

Piotr (gość) 09.11.2018, 13:35