• >>
  • Wiadomości
  • >>
  • Prognozy ONZ-u dotyczące światowej populacji
31.07.2017
Aktualizacja: 28.08.2017

Jak liczna będzie populacja Polski na koniec XXI wieku? Prognozy ONZ-u są bezlitosne

Prognozy populacji ONZ
© alphaspirit/fotolia

Organizacja Narodów Zjednoczonych już od połowy ubiegłego stulecia bada światowe trendy demograficzne. ONZ po raz 25. pokusiła się o prognozę zmian liczby populacji w szerokiej perspektywie czasowej – tym razem do końca XXI wieku.

11,2 miliarda – tyle wynosić będzie populacja naszej planety w 2100 roku, o ile obecne trendy się utrzymają. Każdego roku jej liczba zwiększa się bowiem o około 80 milionów. Obecnie liczba ludności świata to ponad 7,2 miliarda.

Pomimo coraz szybszego przyrostu ludności na świecie ONZ wskazała aż 51 krajów, których populacja do 2050 roku będzie się zmniejszać. Niestety, w tym gronie znalazła się Polska. Według przewidywanego scenariusza populacja naszego kraju zmniejszy się w ciągu najbliższych 30 lat o ponad 15%, a w XXII wiek wejdzie zaledwie 21 milionów Polaków.

Gdyby prognozy się potwierdziły, za nieco ponad 80 lat będzie nas o 2-3 miliony mniej niż chwilę po II wojnie światowej. Wówczas Polska należała do grona najludniejszych państw, zajmując 18. miejsce na świecie. O tym, jak wiele się od tamtego czasu zmieniło, niech świadczy fakt, że światowa populacja liczyła wtedy około 2,5 miliarda ludzi, czyli 3 razy mniej niż obecnie.

Indie liderem

Prognozy na najbliższe dziesięciolecia mówią, że wkrótce globalnym liderem pod względem liczby ludności będą Indie, których populacja do 2050 roku osiągnie ponad 1,6 miliarda. Tym samym pierwsze miejsce stracą Chińczycy, którzy do końca stulecia mogą zanotować spadek liczby ludności nawet o 400 milionów. Choć liczba Azjatów będzie stale rosnąć co najmniej przez kolejne 30-40 lat, to zdecydowanie bardziej dynamicznego wzrostu liczby ludności ONZ spodziewa się w Afryce.

Prognozowany zmiany w liczbie ludności państw świata do 2100 roku.
Prognozowane zmiany w liczbie ludności państw świata do 2100 roku. Źródło: UW Center for Statistics and the Social Sciences.

Powody do niepokoju mają za to Europejczycy. Do 2100 roku populacja Starego Kontynentu prawdopodobnie zmniejszy się z obecnych 740 do około 650 milionów. Największy spadek zanotują państwa Europy Wschodniej, do których ONZ zalicza także Polskę. Wiele wskazuje na to, że pod koniec wieku najliczniejszym narodem w Europie będą Brytyjczycy, którzy wyprzedzą pod tym względem Francuzów i Niemców.

Wszystko wynika ze wskaźnika dzietności

Snucie prognoz dotyczących zmian liczby ludności umożliwia przede wszystkim analiza wskaźników dzietności, czyli liczby urodzeń przypadających na jedną kobietę w wieku rozrodczym. To właśnie on jest największym problemem Europy. Przyjmuje się, że wskaźnikiem gwarantującym zastępowalność pokoleń (mówiąc wprost – brak ubytków w populacji) jest 2,1. Tymczasem w Europe wynosi on ok. 1,6, co oznacza, że przeciętna Europejka rodzi średnio mniej niż dwoje dzieci. Dla porównania: wskaźnik dzietności w Afryce to aż 4,7.

Polska nie nadąża pod tym względem choćby za europejską średnią – nasz wskaźnik nie przekracza bowiem 1,3. Polskie społeczeństwo szybko się starzeje (do 2050 roku mediana wieku sięgnie 50 lat), a od skutków tego procesu nie uchronią nas nawet imigranci, którzy do 2060 roku mogą stanowić w Polsce nawet kilkanaście procent populacji. Dotychczas wydawało się, że deficyty w liczbie ludności uda się uzupełnić dzięki chętnie przyjeżdżającym do pracy w Polsce Ukraińcom, jednak prognozy każą w to wątpić.

Ukraińskie społeczeństwo starzeje się i kurczy szybciej niż polskie. Migranci zawsze są relatywnie młodsi, ale jeśli ktoś chciałby myśleć, że napływ Ukraińców zapełni lukę demograficzną w Polsce, jest w błędzie. Na pewno nie rozwiąże naszych problemów w perspektywie demograficznej, która ma znaczenie, czyli kilkudziesięciu lat

– mówiła w rozmowie z „Dziennikiem Gazeta Prawną” prof. Joanna Tyrowicz z UW.

Liczba ludności Polski w drugiej połowie ubiegłego wieku stale rosła, aż osiągnęła na przełomie tysiącleci poziom ponad 38 milionów. Od tego czasu notujemy jednak niewielki, choć systematyczny spadek.

Zmiany liczby ludności Polski w latach 1950-2015.
Zmiany liczby ludności Polski w latach 1950-2015. Źródło: opracowanie własne na podstawie danych ONZ.

Czy jesteśmy w stanie odwrócić niekorzystny trend?

Deklarowanym celem polityki prorodzinnej obecnego rządu jest zwiększenie dzietności. Mają temu służyć takie narzędzia jak program „500 plus”. Czy przynoszą one spodziewane skutki? Rząd przekonuje, że tak. Jako dowód przedstawia dane Głównego Urzędu Statystycznego dotyczące liczby urodzeń w 2016 roku. Wynika z nich, że w ubiegłym roku w Polsce urodziło się 382 tysiące dzieci, najwięcej od kilku lat. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej liczy na to, że w tym roku po raz pierwszy od 7 lat uda się przekroczyć barierę 400 tysięcy.

Niestety, aby mieć choćby cień szansy na uniknięcie demograficznej katastrofy potrzebujemy nie delikatnej, a ogromnej poprawy wskaźnika dzietności. Niewielki wzrost liczby urodzeń nic w tym kontekście nie zmienia; tym bardziej, że od 5 lat i tak jest ona niższa od liczby zgonów.

Czy istnieje jakakolwiek szansa na to, że unikniemy znacznego spadku liczby ludności w Polsce? Jeśli tak, to w jaki sposób?

Dodaj komentarz

5 komentarzy do "Jak liczna będzie populacja Polski na koniec XXI wieku? Prognozy ONZ-u są bezlitosne"

avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Joanna
Gość

Brakuje mj oceny jak tak duza populacja Ziemii da sobie rade? W kontekscie populacji europejskiej, Europy wschodnie to oczywiscie spadek. Ale czy Swiat jako calosc da sobie rade z tymi 11.2mld?

MłodyEkonomista
Gość

Z tego co wiem Afryka już dziś ma problem się wyżywić i gdyby nie pomoc innych krajów, pieniężna, żywnościowa, sanitarna to na tym kontynencie zapanowałyby głód, zaraza i wojny, które zdziesiątkowałyby ludność (choć wpływy krajów zewnętrznych mogą ograniczać rozwój Afryki) i ogólnie jest to kiepski kontynent do życia dla ludzi. Skąd takie przypuszczenia? Wydaje się, że większość Afryki nie wyszła jeszcze z Pułapki Malthusa wyłączając np. Afrykę Północną i RPA.
Albo rosnąca szybciej niż gospodarka liczba ludności w końcu wywoła katastrofę w Afryce, albo nasili się imigracja do krajów rozwiniętych, szczególnie Europy, co jak już obecnie widzimy w masowej skali stwarza wiele problemów. Może to uratować demografię Europy, ale NIE URATUJE EUROPEJCZYKÓW. Chińczycy ograniczyli swój przyrost, Ameryki pomieszczą jeszcze więcej ludzi, nawet Indie powinny dać radę, bo ich gospodarka również rośnie. Ogólnie przewiduję nasilenie się migracji w skali globalnej.

MłodyEkonomista
Gość

Programy socjalne raczej tu nie pomogą, a nawet mogą pogorszyć sprawę. Dziś urodziło się więcej dzieci, za każde zapłaciliśmy z budżetu i to na kredyt, jutro będzie trzeba to spłacać i będzie to z odsetkami spłacać kolejne pokolenie, długi i tak są już wysokie, a sytuacja ZUS i jego długu – katastrofalna.
Aby szukać rozwiązania, trzeba najpierw poznać problem. Najważniejsze wydaje się pytanie:
„Dlaczego Polacy nie mają dzieci?”
Dwie odpowiedzi, które nasuwają mi się najpierw są właściwie odbiciem tych na pytanie „Dlaczego mamy dzieci? – bo chcemy i bo musimy.”, a nie mamy bo nie musimy i nie chcemy.

1. „Nie musimy.”
a) aspekt ekonomiczny – Po co nam dzieci? Kiedyś były zabezpieczeniem na starość, ewentualnie w razie wypadku oraz pracowały, czy powiększały potencjał rodziny. Dziś na starość zajmie się nami państwo. Leczyć będzie nas państwowy NFZ, żyć będziemy za pieniądze z państwowego ZUSu, nawet w razie wypadku pomoże nam państwo. Socjalne państwo wyręcza z pomagania ludzi, dzieci już nie muszą zajmować się rodzicami na starość. To po co mieć dzieci? Nie mogą pracować, jak już pracują to na siebie, a na starość mamy państwo. Nie potrzebne.

b) aspekt społeczno-kulturowy – kiedyś dzieci gwarantowały np. przetrwanie rodu, dynastii, dziedziczenie ziemi. Co więcej była na rodzenie dzieci społeczna presja. Mężczyzna musiał spłodzić syna, a im więcej synów spłodził tym uważano go za bardziej męskiego. Jedną z miar wartości kobiet też było to jak wiele dzieci była wstanie urodzić, Dziś nie ma żadnej presji społecznej na rodzenie dzieci, wręcz przeciwnie. Młodym odradza się wczesne posiadanie dzieci, a im później tym trudniej o dzieci z biologicznego punktu widzenia (szczególnie dla kobiety), czy o ich wychowanie, bo się po prostu nie chce, starszy człowiek – miej energii (zazwyczaj).

2. „Nie chcemy.”
a) aspekt ekonomiczny – Dzisiaj wyszkolenie młodzieży trwa dłużej niż kiedykolwiek wcześniej, później podejmuje się decyzje o związku i założeniu rodziny. W dodatku praca najemna jest niepewna, rolnikowi może zdarzyć się nieurodzaj, ale ziemi nie straci, a stracić pracę nietrudno. Dlaczego jest to takim problemem? Ponieważ rynek jest mało chłonny, to trudno znaleźć nową, odpowiednią pracę, w dodatku zwykle ludzie nie mają oszczędności, a nawet mają dług (np. kredyt na nieruchomość), który ich wiąże. Więzi rodzinne tez są często luźniejsze i pożyczanie większych pieniędzy wewnątrz rodziny rzadziej się zdarza (oprócz rodzice dzieciom), lub tych pieniędzy w rodzinie zaoszczędzonych nie ma.
Dlaczego rynek pracy jest tak mało chłonny, a ludzie nie mają oszczędności? Oprócz tego, że „nie muszą oszczędzać, bo w razie czego zajmie się nimi państwo” często nie mają z czego. Opodatkowanie umowy o pracę wynosi 40%, a łącznie osoba z taką umową oddaje w roku państwu 70-80% wypracowanych pieniędzy. Z czego tu oszczędzać i wychowywać dzieci? Jak tak (a właściwie nawet bardziej) obciążony rynek ma być chłonny?

b) aspekt społeczno-kulturowy – Obecna fala feminizmu spowodowała, że kobiety są mniej chętne do rodzenia dzieci. Ważniejsze stają się kariera, wykształcenie, czy wygląd. Wiele też kobiet studiuje, czym odkłada decyzję o założeniu rodziny, co wpływa na ich możliwość rodzenia dzieci (im później, tym gorzej). Obecny feminizm wręcz walczy z wizją kobiety-matki oraz kreuje lub nasila konflikty między płciami.
Po drugie przeżywamy w Polsce kryzys instytucji małżeństwa. Coraz więcej małżeństw się rozpada, a żadna kobieta nie chce zostać samotną matką. Z powodu niepewności decyzja kiedy, a nawet czy posiadać dzieci jest odkładana na później. Wpływ ma na to zapewne wiele czynników kulturowych jak: słabnąca wiara, feminizacja, przyzwolenie społeczne (szczególnie na odcinanie się od dzieci w tym niepłacenie alimentów), czy propagowane wzorce kulturowe – np. samorealizacja i własne szczęście. Kluczowe tu są „samo…” i „własne”, czyli człowiek nie potrzebuje nikogo do bycia spełnionym, realizowanie się, do szczęścia. Nie realizuje siebie poprzez innych, dzięki innym i wraz z innymi, ale sam się realizuje.
Trzecim problemem wydaje się technologia, która zamiast zbliżać ludzi, zadaje się ich oddalać. Spłyca ona relacje, często je wirtualizuje. Nie trzeba dbać o relacje z kolegę, czy dziewczyną bo przecież znajdzie się innego/ inną. Mamy możliwość spotykania i poznawania ogromnej ilości ludzi, ale zbudowanie relacji wymaga wiele czasu i niewielu osób. Słabiej nam idzie budowanie relacji i przyzwyczailiśmy się, że można zmienić łatwo partnera, więc mamy problemy i w małżeństwie.
Wśród aspektów społeczno-kulturowych znajdziemy zapewne jeszcze wiele barier, te wydają mi się ważne.

Podsumowując. Państwo może bezpośrednio wpłynąć jedynie na aspekty ekonomiczne, choć i wtedy efekt nie będzie natychmiastowy. Aspekt kulturowy wymaga zmiany ideologii, wartości i treści odbieranych przez społeczeństwo i znacznie trudniej go zmienić i wytworzyć pozytywne wzorce. Nie pomogą tu programy socjalne, negatywnie wpływające zarówno na stronę ekonomiczną jak i wytwarzające negatywne wzorce jak i rozmywające relacje w społeczeństwie.

Joanna
Gość

Problemem Ziemii zatem jest przeluudnienje. Co do 2b… Kobiety nje chca rodzic ..z winy feminizmu .. Kobiety maja prawo do wolnego wyboru .. mariery zawodowej, rodzicielstwa bo sa ludzmi. Biologia postawila przed nimi dodatkowe zadanie rodzic dzieci. Sa wsrod kobket rowniez takie ktkre chcialyby miec wiecej nie 1 -2- 3 dzieci. Ale jak to zoobic jesli partner samodzielnie nie jest w stanie dostarczyc srodkow na wychowanie, wyksztalcenje tych dzieci? Ograniczja sie do 1-2 i ida do pracy. A dlaczego tak trudno jest sie niektorym kobietom zdecydowac na pierwsze dziecko? Bo wiedza, ze urlop macierzynski pozbawi je pozycji, w ktorej go zaczely. I tak jest im trudnien bo przez caly czas pracodawca patrzy na ich brzuchy czy aby w ciaze nke zaszly (czesto z tej obawy wybierajac do awansu mniej kompetentnego kolege). Po 35-40 roku zycia widza czesto, ze utracily swoja szanse na macierzynstwo i zaluja ale jest zbyt pozno. Im dluzej sie zastanawiam nad „przymusowymi” urlopami tacierzynskimk tym bardziej dochodze do wniosku, ze to jedyny sposob na wyrownanie szans kobiet i mezczyzn i zmiane spojrzenia pracodawcow. Szansa na takie myslenie o przeorganizowaniu pracy, zeby ludzie po prosstu mogli przez te kilka miesiecy byc niepbecni. Zlobki w miejjscu pracy w wielu krajach sie aprawdzily i wcale nie wplywaja na efektywnosc pracownic/pracownikow . Poczucie kontroli nad tym co sie dzieje z dzieckiem, mozliwosc sprawdzenia w przerwie pozwala na wiekszy komfort pracy. A ojcowie — rola ojca w procesie wychowawczym jesf nie do przecenienia, ale zeby stworzyc wiez potrzebny jest czas i tu ojcom urlop tacierzynski znaczaco by sie przysluzyl. Problemem zatem jest szacunek wobec kobiety, pomoc, wspolpraca i parterstwo zarowno ze strony ojca dzeicka/dzieci jak i pracodawcy i panstwa… i niekoniecznie mysle tu o 500+, chociaz matka pracujaca na caly etat przy dzieciach powinna byc wynagradzana podobnie jak ojciec w tej samej sytuacji.

Franklin
Gość

Społeczeństwa wymierają w krajach wysoko rozwiniętych dlatego, że ludzie nie są przystosowani do życia w takich warunkach. To, co się dzieje w europie i innych krajach wysoko rozwiniętych to bardzo silna presja ewolucyjna na przystosowanie się do nowego środowiska życia. W tym procesie ludzie uodpornią się na choroby cywilizacyjne, na stały stres, w jakiś sposób ewolucja obejdzie antykoncepcję. Albo wykształcimy do niej wstręt, albo wykształcimy dominujący nad wszystkim instynkt rodzicielski (bo sam popęd już się nie sprawdza a wręcz szkodzi funkcjonowaniu), albo żeby obejść niską liczbę ciąż kobiety zaczną rodzić po kilkoro dzieci na raz, co jest możliwe przy stanie obecnej medycyny. W środowisku państwa wysoko rozwiniętego medycynę trzeba traktować jako czynnik naturalny. Poza tym w cała reszta świata też stopniowo będzie przechodzić do modelu państw wysoko rozwiniętych więc dzietność będzie spadać.

wpDiscuz