30.05.2018
Aktualizacja: 30.05.2018

Mniej dla Polski z Funduszu Spójności? Znamy projekt budżetu UE

Projekt budżetu UE. Mniej środków dla Polski?
© Production Perig/fotolia

W Brukseli już od dłuższego czasu mówiono o tym, że projekt budżetu UE na lata 2021-2027 będzie zakładał znacznie niższe środki dla Polski na rozwój regionalny i politykę spójności. Teraz poznaliśmy jednak pierwsze konkretne kwoty. Jak bardzo mogą skurczyć się w kolejnych latach środki, które dotąd płynęły niezwykle szerokim strumieniem?

64,4 mld euro, czyli o prawie 20 mld mniej niż w latach 2014-2020 – to suma, jaka znalazła się w projekcie nowego budżetu w odniesieniu do Polski w kategorii „polityka spójności”. Nasz kraj prawdopodobnie otrzyma także niższe środki z funduszu rozwoju obszarów wiejskich.

Cięcia w polityce spójności zapowiadano zresztą od dawna, a projekt jedynie to potwierdza. Oprócz Polski miałyby one dotyczyć Węgrów, Litwy, Estonii, Czech, Malty, Słowacji i Niemiec.

Środki pochodzące z Funduszu Spójności mają stanowić pomoc dla biedniejszych regionów Europy, głównie w budowaniu i modernizacji koniecznej infrastruktury. Cel: zmniejszenie różnic w poziomie rozwoju państw UE.  Warto odnotować, że gdyby propozycja budżetu została ostatecznie przyjęta, to – pomimo cięć – Polska i tak pozostałaby największym beneficjentem Funduszu Spójności (biorąc pod uwagę kwoty bezwzględne).

Brexit zmusza do oszczędności?

Komisja Europejska przyznaje, że coraz bliższa perspektywa wyjścia Wielkiej Brytanii z UE powoduje pewne braki w zasobach w porównaniu z poprzednim budżetem. Jednocześnie, jak zapewniła unijna komisarz ds. polityki regionalnej Corina Cretu, udało się „zachować realistyczny budżet, aby polityka spójności pozostawała najsilniejszym instrumentem inwestycyjnym Europy”:

Proponujemy politykę spójności dla wszystkich regionów – politykę, która nie pozostawia nikogo w tyle. Uczyniliśmy ją bardziej elastyczną w celu dostosowania jej do nowych priorytetów i lepszej ochrony naszych obywateli.

„Nowe priorytety” nakreślił z kolei Jyrki Katainen, odpowiedzialny w KE za zatrudnienie, wzrost gospodarczy i inwestycje. W tym kontekście wiceprzewodniczący Komisji wymienił innowacje, cyfryzację i wsparcie małych firm.

Niektóre państwa jednak otrzymają więcej

Czekające m.in. Polskę cięcia funduszy nie dotyczą wszystkich krajów Wspólnoty. Więcej niż dotychczas otrzymają chociażby Rumunii, Bułgarzy, Grecy, Włosi czy Hiszpanie.

Przyczyn takiej propozycji podziału środków z Funduszu Spójności należy poszukiwać w problemach niektórych gospodarek, zwłaszcza na południu Europy. „Więcej pieniędzy mają dostać państwa, które mają problem z bezrobociem młodych i napływem migrantów” – pisze „Rzeczpospolita”, która jako pierwsza poinformowała o możliwej skali cięć w przypadku Polski.

Spór z UE nie pomaga

„Rzeczpospolita” zwraca też uwagę na to, że w przyszłych negocjacjach dotyczących podziału środków na pewno nie pomogą napięte relacje polskich władz z Brukselą. Dziennik przypomina o prowadzonej przeciw Polsce procedurze związanej z praworządnością oraz o niewywiązaniu się przez Polskę ze zobowiązań o przyjęciu uchodźców.

Obie sprawy pogorszyły wizerunek Polski i zmniejszyły chęć płatników netto do przesadnych transferów finansowych do naszego kraju

– stwierdziła Anna Słojewska w artykule na Rp.pl.

Reakcja rządu

Choć przedstawiony projekt jest jedynie wstępną propozycją Brukseli, to już teraz zmusiła ona do reakcji polski rząd. Premier Mateusz Morawiecki stanowczo zapowiedział, że Polska nie zgodzi się na taki kształt budżetu. W podobnym tonie wypowiedział się wiceminister spraw zagranicznych Konrad Szymański: „Mamy szeroki obóz państw, które ich [cięć – red.] nie popierają. Podział środków powinien być uczciwy, proponowany spadek funduszy dla Polski i innych krajów regionu jest nieakceptowany”.

Nieco bardziej uspokajająco brzmiała wypowiedź minister finansów Teresy Czerwińskiej na antenie TVN24:

To jest pierwsza propozycja, czyli to nie są decyzje ostateczne, że Polska otrzyma w ramach funduszy spójności mniej i o ile mniej. Tego jeszcze do końca nie wiemy, ponieważ te rozmowy są i będą prowadzone.

Można by wręcz powiedzieć, że propozycja zmniejszenia środków dla Polski skłania panią minister do optymistycznych wniosków. Według niej jest bowiem dowodem na to, że UE dostrzega polski wzrost gospodarczy: „Należy pamiętać o tym, że fundusz spójności jest związany z tym, jaki jest poziom rozwoju danego państwa. Jeżeli Polska się dynamicznie rozwija i mamy dobre wskaźniki makrogospodarcze, to można oczekiwać, że ta pomoc może być w sposób naturalny mniejsza”.

Konieczna jednomyślna zgoda państw członkowskich

Projekt nowego budżetu UE musi zostać zatwierdzony przez wszystkie 27 krajów Wspólnoty. Zanim to nastąpi, czekają nas długie miesiące negocjacji. Wiele wskazuje na to, że będą one trwały do ostatniej chwili, czyli niemal do końca 2020 roku.

Czy rządowi uda się wynegocjować dla Polski korzystniejsze warunki nowego budżetu  UE? Jaki wpływ na negocjacje będą miały ostatnie spory z Brukselą?

Dodaj komentarz

2 komentarzy do "Mniej dla Polski z Funduszu Spójności? Znamy projekt budżetu UE"

avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Piotr
Gość

Witam.

Odnoszę wrażenie, że „Pytania do czytelników” nie zostały właściwie sformułowane. Aby odpowiedzieć na pierwsze z pytań, czy rządowi uda się wynegocjować dla Polski korzystniejsze warunki nowego budżetu należałoby wpierw odpowiedzieć na pytanie „NA CO TE ŚRODKI MIAŁYBY BYĆ PRZEZNACZONE?”
Są funduszowe „oczywistości”. Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego to przede wszystkim inwestycje infrastrukturalne.
Drogi. No cóż, budujemy najdroższe drogi w Europie ze skutkiem, jaki jest. Autostrada A4, mało że zatłoczona, bo „projektant” nie przewidział takiego natężenia ruchu, to w wiecznych remontach, także nawierzchni. A2 – podobnie, a do tego jeszcze dość niesmaczny temat płatności dla spółki Autostrada Wielkopolska (czyli rodziny Kulczyków…). Niemcy od lat zarzucają Polsce, że budowa 1 km autostrady kosztuje u nas ok. 20% więcej niż w Niemczech, choć płace personelu budowlanego (a to istotny element kosztów) są u nas znacznie niższe.
Przy drogach niższej kategorii, szczególnie lokalnych, powstają dziesiątki kilometrów ścieżek rowerowych, z których nikt nie korzysta. A wzdłuż nowych dróg – pustynia. Brak stacji benzynowych, parkingów. Za to dziesiątki kilometrów niekoniecznie potrzebnych ekranów dźwiękochłonnych.
Jaki jest sens takich inwestycji???
Trudno na takie pytanie odpowiedzieć, ale już w „podsumowaniu realizacji” Programu Operacyjnego Współpracy Transgranicznej Polska – Saksonia 2007 – 2014 znalazła się informacja o konieczności zmiany ukierunkowania alokacji inwestycyjnej i odejścia od finansowania budowy ścieżek rowerowych połączonych z remontem dróg lokalnych…
Koleje. Złośliwie powiem tak – potrzeby rozumiem, inwestycji – nie. Najpierw przez lata tolerowano „rozwój PKP” polegający na likwidacji linii kolejowych. Potem podzielono PKP na ileś spółek. Doliczyć się ich trudno. Na etatach kolejowych związków zawodowych (ponoć kilkadziesiąt) zatrudnia się tam całkiem sporą grupę ludzi. PKP (poprzez którąś spółkę-córkę) pozostaje właścicielem wielu tysięcy MIESZKAŃ i tysięcy hektarów gruntów budowlanych w największych miastach Polski. W tych mniejszych zresztą też. Ma swoją drukarnię, biuro turystyczne… Oraz zaniedbane dworce (polecam szczególnie sudecką część Dolnego Śląska), wiecznie spóźniające się pociągi i usługi niedopasowane do potrzeb klientów. Bałagan jak był, tak jest. Inwestycje w infrastrukturę kolejową są niezbędne, to fakt, ale najpierw powinno się ten konglomerat kolejowych spółek uporządkować. Tu musi się pojawić ze strony europejskiej pytanie, jaka jest gwarancja trafności decyzyjnej i poprawności zarządzania. Bo PKP (jako właśnie konglomerat różnych spółek i spółeczek) jest raczej gwarantem wyrzucenia pieniędzy w błoto. Zresztą i o kolejowych inwestycjach mówi się, że są „cenowo rozdmuchane ponad zdrowy rozsądek”.

W obu tych przypadkach (drogi i koleje) mówi się, że te inwestycje są drogie, bo „są pieniądze, które trzeba wydać, bo jak nie wydamy, to nam Komisja Europejska ograniczy środki na kolejny okres”.

Instytucje unijne mają rację – obcięcie poziomu finansowania w Polsce na te kierunki inwestycyjne, które uważa się za zbyt drogie, zmusi władze naszego państwa do szukania oszczędności. Czyli zrobienia porządku. To nie może być tak, że dokumentacja projektowa na drogę czy linię kolejową ma tyle luk, że „uzupełnienia” powodują wzrost kosztów czasem nawet i ponad 100% pierwotnej wartości. I pora na odejście w przetargach od „jedynego słusznego kryterium najniższej ceny” a wprowadzenie wymogów dotyczących jakości i gwarancji.
Powyższe dotyczy także innych sfer inwestycyjnych – wodociągów, kanalizacji, gazownictwa, energetyki. Bez udowodnienia przez Brukselą, że faktycznie zamawiamy to, co jest absolutnie niezbędne, uzyskamy to co chcemy za założone pieniądze i z żądaną jakością, a do tego z gwarancją na ileś lat, na powodzenie negocjacyjne nie mamy co liczyć.

Istotnie, znajdujemy się w momencie, w którym negocjacje się rozpoczną, ale najpierw musimy zrobić porządek na własnym podwórku. Nie ma co łudzić się, że Komisja nie widzi „cenowej niegospodarności w Polsce”. I zapewne, gdy negocjacje wejdą w ostrzejszą fazę, na stole pojawią się dokumenty obrazujące wszystkie, lub choćby wybrane „przegięcia” i pytania o przyszłość. O już wprowadzone zabezpieczenia i gwarancje ich skutecznego działania.

A co do sporów z Brukselą i ich wpływu na wynik negocjacji – jak słusznie zauważył Autor (lub Autorka), będą one trwały do samego końca, pewnie do grudnia 2020 roku. W tym czasie wiele może się zdarzyć, szczególnie w Brukseli. Przed nami wybory do Parlamentu Europejskiego (bodajże w 2019 roku), po których zmiany mogą być dość istotne.
Nie będzie już Wielkiej Brytanii. Tak na prawdę dopiero jej finalne wyjście pokaże, co się zmieniło w Europie. Jak Brexit wpłynie na europejską gospodarkę, migracje, bezrobocie… Europa Wschodnia ma dość niemiecko-francuskiego dyktatu. I nie można przyjąć, że nic się nie zmieni. Patrząc się na sytuację we Włoszech, raczej staną one po stronie Europy Wschodniej, przeciw eurokratom. W Niemczech też ciekawie nie jest. Wprawdzie Angela Merkel utrzymała się na stanowisku kanclerza, ale straty polityczne jej obozu są doskonale widoczne. W eurowyborach obecna opozycja może uzyskać kilkunastoprocentowy wynik. Do tego w samej koalicji pojawiły się nie rysy a już wielkie pęknięcia. Bez skrętu w prawo bawarska CSU (i co bardziej prawicowi politycy CDU) mogą stanąć do walki o euromandaty pod zupełnie innymi sztandarami. Choćby AfD.
Polska, Węgry, Czechy, Słowacja, Litwa, Łotwa i Estonia też zapewne odnotują zmianę sił europarlamentarnych.
Skandynawia, choć cicho, też z obecnego układu politycznego w Brukseli zadowolona nie jest. Zarzuca choćby Brukseli, że „pompuje” budżet w miękkie działania np. dla młodych bezrobotnych, zamiast wspierać tworzenie nowych miejsc pracy. Szwedzi porównują obecną europejską politykę społeczną dla młodzieży do „robienia kursów łowienia ryb dla mieszkańców Sahary”. Można, i owszem. Tylko jaki to ma sens i jakie przyniesie efekty?
Grecja? Hiszpania? Nieprzewidywalne, ale można przypuszczać, że popularność zdobędą ci, którzy będą atakować Niemców i Francuzów.

Nietrudno zatem zauważyć, że obecnie rządząca Brukselą (zatem i Komisją Europejską) frakcja parlamentarna może się znaleźć w opozycji. Rząd próbuje te spory wygasić, wygląda również i na to, że także i Brukseli na tym zależy. Może i w kampanii wyborczej będą te spory używane przez obecną opozycję jako argument wyborczy, ale też i ta opozycja ma wiele grzechów na sumieniu. Z poziomu przyszłej (tej nowowybranej w 2019 roku) Brukseli te spory znaczenia mieć nie będą. Ale to nie oznacza, że Polsce będzie w negocjacjach łatwiej.

Magda
Gość

Może o tyle więcej płacimy za autostrady, bo na samej A2 mamy więcej przejść dla zwierząt niż na terenie całych Niemiec 😉 GDDKiA podała kiedyś, że średni koszt urządzeń ochrony środowiska to ok. 10–30 proc. inwestycji.

wpDiscuz